Komandosi Chrystusa

XXI wiek, środek Europy. Straszą nas religią z dalekiego wschodu i jej bogiem, a prawdziwe zagrożenie jest tu na miejscu, ze strony wyznaczy jedynego, niemylnego i „miłosiernego” boga pełnego nienawiści. Jakiś klecha występuj publicznie i układa własną historię twierdząc, że Bitwę Warszawską wygrał bóg (tak, ten miłosierny bóg unicestwił bolszewików), a na niebie pojawiła się duża postać matki boskiej, a w jej otoczeniu husaria. W cywilizowanym społeczeństwie jak ktoś ma omamy to poddaje się go leczeniu, a gdy stwarza tym zagrożenie zamyka w zakładzie psychiatryczny. W zacofanych społeczeństwach nazywa się to religią, a w dodatku podstawia czołg.Na tym samym spędzie grupa fanatyków religijnych, klęka przed klechą, który szablą mianuje ich na Żołnierzy Chrystusa, a oni ślubują nie ulegać tendencjom kościoła otwartego, który głosi fałszywe miłosierdzie (bo ich miłosierdzie zabijania jest prawdziwe!) ponieważ chce pogodzić się ze współczesną kulturą. Będą też walczyć z tym co jest uznane za normalne w społeczności.Co na to Watykan? Pewnie nic, ponieważ zwierzchnik Watykanu nie ma już kontroli nad kościołem w Polsce. Tu rządzą fanatycy religijni, którzy tworzą własne odłamy, na które papież nie ma wpływu. Te sekty z toruńskim imperium na czele już dawno powinny być wyłączone z kościoła rzymskokatolickiego i uznane za organizacje terrorystyczne. Ale nie ma co się tego spodziewać, ponieważ jak mówił Zulu-Gula „Polska to bardzo dziwna kraj” i bardziej prawdopodobne jest, że żołnierze Chrystusa zostaną wyposażeni przez rząd w broń.Nie kocham cię Polsko katolicka.

Do Romana Bijaka

A gdy Kraśnik będzie już strefą wolną od LGBT, GMO i glutenu. Wyłączą WiFi i Bluetooth. Furki nie zatankujemy LPG i Bio paliwem. Zniosą szczepionki i zlikwidują NFZ, tak będzie wyglądało miasto wstydu.Przy okazji zastosuję też list otwarty do Romana Bijaka, przedstawiciela zarządu powiatu kraśnickiego. Roman Bijak lub Roman Bijak (nie wiem które konto jest prawdziwie), ogarnij się chłopie. Masz 61 lat, 4 brakuje ci do emerytury. Dlatego proszę przestań ośmieszać Kraśnik i zakończ swoją polityczną „karierę”. Słuchając twojego rozwinięcia skrótu LGBT robiłem się czerwony że wstydu. W pierwszej chwili myślałem, że to jakiś fejkowy viral bo brzmiałeś jak bohater z serialu „Chłopaki do wzięcia”. Nieporadny boomer, który zagubił się w internetach. Niestety ten żałosny występ jest prawdą. Do tej pory nie potrafię pojąć jak ktoś, kto nie potrafi rozwinąć skrótu może głosować w jego sprawie.Na stronie powiatu kraśnickiego widnieje taki oto opis twojej osoby:”Człowiek prawy, stojący w obronie godności człowieka zgodnie z kulturą życia społecznego. Sprawując od czterech kadencji mandat radnego Rady Powiatu w Kraśniku dowiódł, że potrafi upomnieć się o prawdę.”Nie znam twojej przeszłości, ale na obradach o ustawie anty LGBT jasno widać, że do prawości i obrony godności człowieka ci brakuje. Swoimi poglądami opluwasz miliony ludzi nie tylko LGBT, ale również ich rodziny i przyjaciół. Z upominaniem się o prawdę to też jakiś żart bo kłamstwo dotyczące „Standardów edukacji seksualnej w Europie” jest powielane przez ciebie i twoich kolegów przez cały czas, a przypomnę, że powyższe standardy powstały w 2010 roku na podstawie medycznej psychologicznej i naukowej wiedzy. To nie biblia, którą każdy interpretuje według własnego uznania. W standardach nauczania seksualnego nie ma mowy o nauczaniu dzieci w wieku od 0 do 4 masturbacji. Proszę zapoznać się z komunikatem Państwowej Inspekcji Zdrowia na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. https://izp.wnz.cm.uj.edu.pl/pl/blog/3-mity-na-temat-standardow-edukacji-seksualnej-who/#Zastanawiam się czy w ogóle przeczytałeś wytyczne WHO, czy tylko z tych zakłamanych materiałów promocyjnych fundacji prolajferskich, których fundament opiera się na zastraszaniu i szczuciu na inne grupy społeczne. Wiem, że sam się nie wybrałeś i ktoś musiał na ciebie oddawać głosy, że przez 4 kadencje jesteś tam gdzie nie powinno cię być. Najbardziej szkoda mi tych mieszkańców, którzy podchodzą do życia i świata racjonalnie, i łączy ich z tobą tylko miasto, które po Sosnowcu i Radomiu stało się pośmiewiskiem Polski.Dlatego panie Bijak, jak masz odrobinę honoru i godności to Przeproś i S………Nie pozdrawiam, Lewacka Kurwa.

Sporty walki bez sztuki

Ze sportami walki mam tyle wspólnego co kwasek cytrynowy z cytryną. Wiadomo, że odświętnie odpalę strema KSW, UFC lub huczną galę bokserską, ale nigdy sam nie trenowałem i nie śledziłem wnikliwie rankingów. Moja rola niedzielnego Janusza ogranicza się do śledzenia zabawnych wyzwisk i buńczucznych zapowiedzi zawodników na YouTube, a następnie obejrzenia walki. I tu trzeba przyznać, że żadne inne dyscypliny sportowe nie mogą się poszczycić tworzeniem takiej gorącej atmosfery przed zawodami jak nawalanki. Wtedy to całe rzesze Januszy opowiadają się po jednej stronie, a prawie cały internet dzieli się na dwa obozy. Wielbiciele fajtera X oraz wyznawcy gladiatora Y. Zaczyna się internetowa napinka i przechwałki dlaczego to jeden jest lepszy od drugiego. Jedyna rzecz jaka ich łączy to, że każdy z nich jest fachowcem i na temat sportów walki wie wszystko. Ja też często daję się złapać na medialną szopkę i pomimo tego, iż mam świadomość, że cały show robiony jest tylko i wyłącznie dla wzbudzenia większego zainteresowania to wybieram swojego faworyta, ale nie wdaję się w dyskusje i nie udaję znawcy.

Gdyby nie takie podkręcanie atmosfery oraz zapraszanie freaków to miejsce KSW byłoby w stodole, a nie na Statdionie Narodowym. Niestety nikt nie chce oglądać utalentowanych chłopaków, którzy od lat zapierdalają. „Kibice” chcą oglądać „celebrytów” i tutaj zacytuję swój komentarz, który umieściłem kiedyś pod postem na FB udostępnionym przez Griszkę z Gorilla Akademii.

Ludzie lubią oglądać swoich idoli, ulubieńców, czy jak ich tam jeszcze nazwać. To oni sprawiają, że galę ogląda kilkadziesiąt tysięcy ludzi na żywo i kilka milionów przed TV. Gdyby gale składały się tylko z walk młodych talentów (bo im trzeba dawać szanse i promować dobrych fajterów) to nie odbywałyby się one na stadionach tylko w remizach. Bo dla 300 widzów nie opłacałoby się wynająć hali. … Mogę się założyć, że to właśnie dzięki tym „pojebanym” walkom w KSW oraz FEN w Polsce sztuki walki są tak popularne. I to dzięki nim ilość osób uczęszczających w klubach wzrosła, których w ostatnim czasie wyrasta jak grzybów po deszczu. Dzięki temu hajs się zgadza, a ci młodzi i utalentowani mogą pokazać się przed walką wieczoru przy tak dużej publiczności.”

No i tak jak starcie Różal vs Pudzian, Popek vs Koksu czy Oświeciński jest czymś zrozumiałym to nie potrafię pojąć walk z udziałem Bonusa BGC. Te walki są nawet emocjonujące, a sami zawodnicy coś sobą reprezentują. Ale czasami zdarzają się i drzazgi …

Przeglądając dzisiaj YouTube trafiłem na filmik z gali Night of Champions w Poznaniu. „Walka”pomiędzy Bonusem BGC, Wojtkiem Golą. Moją pierwszą reakcją był atak śmiechu, gdy ujrzałem Bonusa ściągającego koszulkę. Zalany tłuszczem koleś staje przed dobrze zbudowanym gościem, który na pierwszy rzut oka wygląda na dobrego fightera. Rozbrzmiewa pierwszy gong i raper leci z cepami na „gwiazdę” Warsaw Shore, a ten nie potrafi dobrze odeprzeć ataku i skontrować rywala. W rezultacie całe trzy rundy wyglądają komicznie. Przypomina to bardziej zabawę klownów w cyrku niż walkę w ringu. Bonus nie trzyma gardy, a Wojtek atakuje ciosami jak fidget spinner. Pomimo tego, że spodziewałem się szybkiego nokautu to walka odbyła się do końca. Ale sam jej przebieg nie był najgorszą częścią tego widowiska. Największe zażenowanie wzbudził we mnie widok euforii Wojtka po ogłoszeniu wyniku oraz jego koleżków, którzy gratulowali mu jakby pokonał samego McGregora. Na miejscu Wojtka oraz jego trenera spaliłbym się ze wstydu. Nigdy też nie poszedłbym do nich na trening.

Sporty walki to również sztuka dobrej strategii marketingowej. Nie wystarczy wziąć pierwszych lepszych „świrów”, którzy w jakiś sposób są popularni w mediach społecznościowych. Niestety wielu organizatorów i promotorów nie wie o tym. Dlatego też zdarza się widzieć takie pojedynki, które nie mają nic wspólnego z walką. Mam nadzieję, że nigdy nie doczekamy się starć Adam Małysz vs Piotr Żyła, Tiger vs Kobra czy walki pomiędzy braćmi Mroczkami.

Na koniec mój mały do Wojtka Gola. Podobno jesteś mistrzem w jeździe na rowerze. Proszę porzuć walki w ringu. Rób to w czym jesteś dobry. Nie ośmieszaj się i nie obrażaj ciężko pracujących fighterów.

Każdy jest geniuszem we własnym wymiarze

II Otwarte Zawody Cross Challenge zakończone. Swój udział chciałbym jak najszybciej zapomnieć (tak szybko jak Mateusz skończył WOD finałowy). Miał być powód do dumy, jest powód do wstydu. Obrany cel (półfinał) stał się nieosiągalnym marzeniem. Sama porażka nie boli, a nawet daje motywację do dalszej pracy. Za to kompromitacja odbiera chęć i zapał. Jednak ze 110 kg w DL nie ma co się rwać do rywalizacji. Nie ta klasa, a w dodatku antyreklama diety roślinnej.

Ogólnie organizacja zawodów na wysokim poziomie. Brawa dla wszystkich startujących i gratulacje dla ludzików z podium. Fajnie, że komuś chciało się coś takiego zrobić bo klimat był niesamowity.

Edit:

Jeszcze raz odniosę się do wczorajszych zawodów, do których podszedłem zbyt poważnie. Tym razem już na chłodno, bez złych emocji. 😉 Występ może nie należał do najlepszych, ale nie mogę patrzeć na mój rozwój przez pryzmat jednych zawodów. Wiadomo, że CrossFit to nie jednolita dyscyplina tylko szereg wielu ćwiczeń. W jednych czujemy się jak ryba w wodzie, inne są naszą piętą achillesową. Wczorajsze WOD-y nie przypadły mi do gustu bo liczyłem na coś bardziej sprawnościowego. Gdyby było coś co lubię to wszystko mogłoby potoczyć się inaczej, ale dzięki temu wiem, że jeśli chcę brać udział w rywalizacji z innymi to bardziej muszę przyłożyć się do ćwiczeń siłowych. Takim sposobem obrałem sobie za cel podniesienia 130 kg w martwym ciągu, który mam zamiar osiągnąć do końca roku.

Bez względu na rezultat i tak jestem zadowolony bo wiem, że jeszcze pół rok temu nie zrobiłbym nawet 1/3 tego co teraz. Nawet nie myślałem o jakiś zawodach. Przytoczę to co kiedyś już tu napisałem.

„Kończę trzeci miesiąc ćwiczeń i motywacja nie spada. Nie wstydzę się robić overhead squat rurką PCV, a jak robię samym gryfem 20 kg to jestem mega szczęśliwy. Nie wiem czy uda mi się kiedyś dojść do 50 kg, ale to nie znaczy, że jakimś czasie mam sobie dać spokój. KAŻDY Z NAS JEST GENIUSZEM WE WŁASNYM WYMIARZE. Nie każdy od razu musi być olimpijczykiem. Nie mam w planach zawodów, nie rywalizuje z innymi. Jedyna walka jaką toczę to pojedynek z własnymi słabościami. Robię to dla siebie i każdy ukończony WOD daje mi wiele radości. Za każdym razem świadomość, że udało mi się skończyć daje motywację i zielone światełko do dalszych działań.”

Nie dość, że 50 kg jest już dawno historią to jeszcze startuję w zawodach, gdzie konkurencja jest przewyższa mnie nawet o kilka klas, ale ni boję się tego.

Jeszcze raz dziękuję za doping, wsparcie i miłe słowa. Pamiętajcie, że KAŻDY JEST GENIUSZEM WE WŁASNYM WYMIARZE.

Wieczorem wrzucę zdjęcia ze wczorajszych zmagań.

Fitness Championship Radom

I po frytkach. Od 9 do 21 na zawodach w CrossFit Radom, które ciągnęły się jak „Moda na sukces”. Ale wróciłem zadowolony bo kolejny raz udowodniłem sobie, że bez mięsa mogę rywalizować na równi z innymi. 27 miejsce na 29 startujących. Wydawałoby się, że wynik słaby, ale to konkurencja była silna. Nie była to lokalna zabawa tylko poważne ogólnopolskie zmagania, na które nie przyjechali przypadkowi goście, zrobić sobie WOD dla fun’u. Walko była o każde powtórzenie. Tak naprawdę ścisk w tabeli był taki, że 2-3 powtórzenia więcej i już można było zająć lepszą lokatę.
WOD-y były bardzo ciężkie i nieco mało zróżnicowane. Większość ćwiczeń na nogi i praktycznie zero gimnastyki. Jednak liczyłem na drążek. C2B, T2B, K2E, PU, MU, w których mógłbym ugrać coś więcej. Jako najlżejszy kategorii Open Men raczej nie miałem zbyt dużych szans przy takich ciężarach jak DL 80 kg, PC 50 kg czy KTB 24 kg. Ale nie to jest najważniejsze. Ważne, że podszedłem do nich i ani chwili się nie zawahałem.

Ogólnie cały zawody, przygotowanie i organizację będę wspominał bardzo miło. Bardzo dobrze też zachował się Albert Odzimkowski, który sędziował mnie 2 razy i udzielał cennych wskazówek. Dzięki!

Szacunek dla organizatorów, zwycięzców i brawa dla wszystkich startujących. Każdy tak naprawdę swoim udziałem pokazał klasę. Dziękuję również za doping i rywalizację. Wkrótce wrzucę zdjęcia, filmiki i inne fajerwerki.

Poniżej WOD-y, a na koniec zdjęcie z mistrzem Miłosz Staworzyński – CrossFit Coach, który zajął pierwsze miejsce w kategorii Elite i prowadzi CrossFit Genius. Jako ciekawostka powiem, że Miłosz od dwóch lat jest na diecie wegetariańskiej. 🙂

A teraz dobranoc. Jutro odpoczynek i oglądam Bundesligę: Bayern – Hoffenheim.

Do następnego!

WOD I
3 RFT
30 – Cal Wattbike
20 – Thruster
10 – Burpees over the bar

WOD II
Do zrobienia 100 Cal Row + 100 Dedlift 80Kg. Ilość zrobionych WBS unbroken (20 Funtów) Zmniejsza ilość Calori i Martwych.
100 – Cal Row
100 – Deadlift

WOD III
A. Do zrobienia 75 KTBS 24 kg każde odłożenie ketla 25 unbroken
75 – American KTBS

B.
21 – Burpees Box Jump
15 – Power Clean 50 kg
15 – Burpees Box Jump
12 – Power Clean 50 kg
9 – Burpees Box Jump
9 – Power Clean 50 kg

Link do galerii zdjęć z Fitness Championship

Vege na kontuzji

Nie bardzo wiem jak zacząć i jak podejść do tematu, ale chyba od razu na wstępie powiem, że leczę kontuzję. Początkowo myślałem, że to nic poważnego i za chwilę mi przejdzie, ale myliłem. Dokładnie dopadło mnie schorzenie, które mocno daje mi w kość i to dosłownie. W skrócie chodzi o dyskopatię. Jak na razie jestem jeszcze na etapie kuracji i cały czas mam nadzieję, że wkrótce wrócę do zdrowia.

Ostatni trening siłowy zrobiłem 15 marca i był to eliminacyjny workout 15.3 do The CrossFit Games. Już wtedy od ponad miesiąca dostawałem sygnały od organizmu, że jest z nim coś nie tak, ale na swoje nieszczęście zignorowałem je. Po treningach odczuwałem ból w odcinku lędźwiowym i w myśl powiedzenia, że „jak boli to dobrze” albo „jak boli to rośnie” trenowałem dalej. Uważałem, że to naturalna reakcja po cięższych WOD-ach niż ostatnio. Jednak ból narastał i postanowiłem robić sobie kilkudniowe przerwy, po których znów mogłem chwytać sztangę. 2 dni treningów, 3-4 dni przerwy. Do tego uparłem się, żeby swój udział w lidze doprowadzić do samego końca. Niestety po pewnym czasie najprostsze ćwiczenia powodowały dyskomfort i doszedłem do wniosku, że coś jest nie tak. Wtedy zrozumiałem, że potrzebuję dłużej przerwy i wizyty u specjalisty. Tak zmieniłem salę ćwiczeń na gabinety lekarskie. Zaczęło się chodzenie po lekarzach, fizjoterapeutach, prześwietlenia, badania itd.

Po raz pierwszy od 10 lat przekroczyłem próg przychodzi. Na dzień dobry usłyszałem, że mam dyskopatię i wysiłek fizyczny jest wykluczony. Jak dla kogoś, kto traktuje sport jako pasję jest to najbardziej mroczny scenariusz do wyobraźenia. Nie ukrywam na początku uwierzyłem w to i miałem przed oczami wizję końca treningów. Rozważałem nawet usunięcie strony z facebooka i bloga, ale nie poddałem się i zacząłem zgłębiać temat. Okazało się, że dyskopatia wcale nie przekreśla nas i nie trzeba rezygnować z CrossFitu. Wystarczy zmienić podejście, zwracać większą uwagę na technikę, przygotowanie i racjonalnie dobierać ciężary i uważać na siebie.

Jak to wyjdzie w praktyce okaże się w maju. Mam nadzieję, że do końca kwietnia ból całkowicie minie i będę mógł wrócić do prostych ćwiczeń. Najbardziej jednak żałuję, że zbagatelizowałem objawy i nie zareagowałem w porę. Być może uniknąłbym tej sytuacji i nie musiałbym zakładać skarpetek leżąc na plecach oraz prosić kogoś o zasznurowanie butów. Całe szczęście jest już lepiej i mogę wykonać czynności, które były niemożliwe. Nie potrafiłem sobie tego wyobrazić. Przecież byłem tak dobrze rozciągnięty, mobilny, a tu nagle nie mogłem dłońmi dotknąć kolan. Do tego ominęły mnie zawody CfrossFit, do których się przygotowywałem. Ze smutkiem patrzyłem jak koledzy i koleżanki rywalizują w kolejnych workoutach, a ja mogłem tylko dopingować.

Ale już po głowie chodzi mi majowy Bieg Wegański „Łatwiej niż myślisz”/ Vegan Run „Easier than you think”i i mam nadzieję, że uda mi się pokonać dystans 5 km. Jak nie przebiec to chociaż przejść. 😉

Rada dla Was. Traktujcie sport jako formę aktywności, a nie obóz przetrwania. Jeżeli nie jesteście zawodowcami to nie katujcie swojego ciała. Nie starajcie się za wszelką cenę uzyskać maksymalnych wyników. Sport ma mieć pozytywny wpływ na nasze zdrowie, a nie je niszczyć. Jeżeli coś Wam dolega nie lekceważcie tego. Lepiej czasem odpuścić i zrobić kilka dni przerwy niż nabawić się kontuzji i stracić kilka miesięcy na powrót do formy.

Dzięki wszystkim za wsparcie, pomoc i zainteresowanie. Ci, którzy czekają na mnie klubie i pytają kiedy wrócę wkrótce mnie zobaczą. Trzymajcie się i uważajcie na siebie.

Vege siła!

Siłownie tylko dla prawilniaków!

W ostatnim czasie dużą popularnością cieszą się strony kręcące bekę z Januszy na siłowni oraz źle wykwalifikowanych trenerów personalnych (o tym zjawisku napiszę innym razem). Widząc ilość polubień, komentarzy i udostępnień pod postami jestem pod wrażeniem, że w Polsce jest tyle osób, które wykonują idealnie wszystkie ćwiczenia. Nikt się nie garbi przy martwym ciągu, wszyscy robią głęboki przysiad i wykonują pełny zakres ruchu. Tylko dlaczego w Rio zdobyliśmy zaledwie 11 medali ??

Nie ukrywam, że sam czasami oglądałem na YouTube serię kompilacji za failami na siłowni i nieźle się uśmiałem przy tym. Ale oprócz części rozrywkowej ma to też drugie i do tego smutne dno. Żyjemy w czasach, gdzie priorytetem przy jakimś wydarzeniu jest wyjęcie smartfona z kieszeni i nagrywanie z myślą „będzie hit internetu”. W sytuacji, gdy ktoś źle robi jakieś ćwiczenie bądź wykonuje jakieś dziwne pozycje i techniki lepiej stanąć gdzieś w ukryciu, śmiać się i nagrać. Bo po co zwyczajnie podejść i powiedzieć „ej stary, to się inaczej robi, tak możesz się tylko nabawić kontuzji”. I podejrzewam, że to dałoby mu więcej korzyści niż te kilkadziesiąt lajków na facebooku. Dzięki temu można zapobiec czyjejś kontuzji, a przy okazji zdobyć uznanie w oczach laika.

Często też wyśmiewane są osoby, które ćwiczą na maszynach i czytają przy tym gazetę, biegają na bieżni ze smartfonem albo robią nogi na maszynie małym obciążeniem i zajmują miejsce „prawdziwym” siłaczom.

Po pierwsze w żadnym regulaminie siłowni nie jest napisane, że przy jednym urządzeniu bądź sprzęcie możemy być tylko przez określoną ilość minut. Jeżeli ktoś ma taki kaprys to może położyć się na ławce i wyciskać 20 kg od otwarcia do zamknięcia klubu. I zamiast wypisywać żale na facebooku, że nie mogliśmy zrobić dzisiaj klatki bo jakiś Janusz nam zajął ławkę to lepiej podejść do takiej osoby i zapytać czy można z nią robić na zmianę. Nikt nas nie pogryzie, ani nie pobije. Nawet różnica ciężarów nie powinna być problem bo jak wyciskach 100 kg na klatę to powinieneś poradzić sobie ze zdejmowaniem i zakładaniem talerzy.
Niektórzy chyba myślą, że żyjemy w jakimś utopijnym świecie, gdzie właściciele siłowni otwierają je z pobudek ideologicznych albo nie mają co robić z pieniędzy. Przypominam jednak, że nie żyjemy w systemie socjalistycznym tylko kapitalistycznym, a klub fitness to nic innego jak biznes. Wyobraźmy sobie, że siłownie narzucają regulamin, że wstęp mają tylko osoby, które ZAPIERAJĄ w myśl słynnego koksa z Litwy. Kluby szybko by opustoszały, a po kilku miesiącach zostały zamknięte. To dzięki Januszom cały ten biznes się kręci. Buty, koszuli, suplementy i inne gadżety. Gdyby nie oni Reebok i inne marki nie pracowały nad udoskonalaniem butów. Bo po co wydawać kasę na badania i testy, skoro sprzedali by później zaledwie kilka tysięcy par. Przedsięwzięcie by się zwróciło, a tak to dzięki tym szarym amatorom profesjonaliści mogą używać bardziej komfortowego sprzętu, który, o kilka procent może poprawić ich osiągnięcia. Wyobrażacie sobie Richa Froninga sztangą w zwykłych trampkach albo skaczącego na skakance kupionej w kiosku Ruchu?
Styczeń to najgorętszy okres w klubach, a właściciele zacierają ręce. Postanowienia noworoczne i przygotowania do wakacji bo każdy chce wyglądać dobrze na plaży. Oczywiście większość z tych osób straci zapał i treningi się im znudzą, ale pozostawią po sobie coś co w tym biznesie najbardziej się liczy – KASĘ. Za te pieniądze kluby mogą zainwestować w nowy sprzęt, dokupić dodatkowe urządzenia bądź odrestaurować stare. Niestety wszystko się eksploatuje.

Tak więc jeżeli nie podoba Ci się widok pań robiących sobie milion selfie w lustrze, starszych panów czytających gazetę na jakiejś maszynie lub osób zajmujących ławeczkę mam dla Ciebie rozwiązanie. Zamontuj sobie drążek, kup sobie sztangę, talerze, kettle, hantle (oczywiście w różnych rozmiarach), a najlepiej kilka maszyn do tego i ćwicz w domu. Wtedy spokojnie będziesz mógł pracować nad swoją sylwetką dzika. Tylko weź pod uwagę, że płacąc za karnet około 150 zł w cenie masz dostęp do tych wszystkich przyrządów, które warte są od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy.

Pozdrowienia dla wszystkich prawilnych, którzy nigdy się nie opierdalają i od pierwszego kontaktu ze sztangą robili idealne squat cleany.

Zona – pierwsze wejśćie

Historii miasta Prypeć, Czarnobyla i katastrofy atomowej nie będę przytaczał ponieważ chyba każdy o niej słyszał. Jeśli nie to odsyłam do Wikipedii. Ze względu na moje miejsce zamieszkania od zawsze fascynowały mnie opuszczone budynki, a tych blisko mnie nie brakowało. Fabryka Broni „Łucznik”, Radomskie Zakłady Przemysłu Skórzanego „Radoskór”, Kino Odeon, Fabryka Kuchni „Acanta” i wiele innych. Ale wszystkie te miejsca razem wzięta nie dorównują tego co można zobaczyć w Strefie Wykluczenia, która jest mekką wszystkich eksploratorów.

Do spełnienia jednego ze swoich marzeń długo się zbierałem, aż wreszcie postanowiłem zrobił sobie prezent na 30 urodziny. Ze wszystkich dostępnych ofert wybrałem biuro turystyczne Aliena Tours i nie żałuję ponieważ trafiłem na prawdziwych profesjonalistów i zapaleńców. Pojechałem sam, ale cała grupa liczyła około 40 osób. Byli to ludzie z całej Polski (Rzeszów, Gdańsk, Wrocław, Lublin, Bydgoszcz). Odjazd mieliśmy z Warszawy, a po wejściu do autokaru od razu zapoznałem się z resztą i problem, że nie jadę ze znajomymi od razu się rozwiązał. Naszym polskim opiekunem był Tomek Ilnicki, autor książki „Azyl Zapiski stalkera„. Natomiast ze strony ukraińskiej zajmowali się nami Volodymyr Huliuk oraz Marek Oaryshevskyi, Kijowianie, którzy mówią świetnie po polsku, a strefę mają w małym palcu.

W czasie podróży obejrzeliśmy kilka filmów na temat katastrofy oraz dostaliśmy masę informacji od Volodymyra jak należy zachowywać się w strefie, czego unikać, co warto zobaczyć i co może nas spotkać. Pomimo tego, że skażenie jest niewielkie to przepisy są bardzo rygorystyczne, ale nie do końca przestrzegane. W strefie obowiązuje nakaz noszenia butów za kostki, długich rękawów (nawet przy 40 stopniach) oraz zakaz kładzenia przedmiotów na ziemi i wchodzenia do budynków. Ale czym by była wycieczka po Prypeci bez zobaczenia basenu, klas, hali sportowej czy wejścia na 16 piętrowiec? Dlatego wszyscy przymykają na to oko, a nawet zamykają całkowicie. Z takich bardziej restrykcyjnych przepisów, które mogą nieść za sobą nieprzyjemności to zakaz robienia zdjęć pracownikom obsługi (policja, straż graniczna, gwardia narodowa …) oraz murom otaczającym elektrownie i budynki administracyjne.

Do Czarnobyla przyjechaliśmy około godziny 11 lokalnego czasu (w Ukrainie czas jest przesunięty o godzinę do przodu). Cała strefa pilnowana jest przez specjalne służby i wjechać można do niej tylko za pośrednictwem specjalnej przepustki lub wcześniejszej rezerwacji prez biuro turystyczne lub przewodnika. Cała strefa to takie państwo w państwie. Na wjeździe przywitała nas gwardia narodowa sprawdzając nasze paszporty oraz bagaże, które musieliśmy wyjąc z autokaru. Była to rutynowa kontrola, która trwała bardzo szybko i zdarza się podobno bardzo rzadko. Po przejściu szlabanu wsiedliśmy do autokaru i pojechaliśmy prosto do Prypeci. Po drodze mijaliśmy Czarnobyl, który po części jest zamieszkany oraz lasy, w których znajdują się liczne zwierzęta. Jest dużo wilków, rysiów oraz ponad 60 koni Przewalskiego. Te ostatnie zostały sprowadzone ze względu na dużą ilość trawy i pożarów spowodowanych przez jej wysychanie. Najpierw rolę „pożeraczy” trawy miały sprawować konie hodowlane, ale te nie radziły sobie z atakami wilków, a te którym udało się przeżyć zostały rozkradzione przez okolicznych mieszkańców. Niestety nam z wyjątkiem psów, sumów i lisa Siemiona nie nie udało się spotkać innej zwierzymy. Ale i tak widok legendarnego Siemiona, który jest przykładowym cwanym lisem z bajek Krasickiego jest bezcenny. Dzięki swojej zaradności stał się legendą okolicy.

Na miejscu w Prypeci zostaliśmy podzieleni na dwie grupy, tak aby wszystko szło sprawniej. Część poszła z Markiem, a pozostali z Volodymyerm. Dołączyła do nas jeszcze mieszkanka Czarnobyla, która zawsze stała na końcu grupy i pilnowała, żeby nikt się nie zgubił. Naszą eksplorację zaczęliśmy od przedszkola. Następnie udaliśmy się do szkoły, gdzie znajduje się dobrze znana sala z maskami gazowymi bohaterów biorących udział w akcji ratowniczej. Sam widok tego co znajduje się w środku jest bardzo przygnębiający. Widok sal lekcyjnych, zachowany w sprzęt, przybory, książki, zabawki, ubrania pobudzał moją wyobraźnie i wyobrażałem sobie uczniów siedzących w ławkach, ludzi pływających w basenie czy grających w piłkę na hali. Wszystkie budynki pozarastane są drzewami i krzewami, często nawet nie widać drogi, tylko trzeba przebijać się przez chaszcze. I tak wędrowaliśmy od jednego budynku do drugiego. Zobaczyliśmy jeszcze od środka dom kultury, serce Prypeci, kawiarnię nad zalewem, kino „Prometeusz”, stadion oraz zapierające dech w piersiach wesołe miasteczko z torem samochodowym i diabelskim młynem, które jak stadion nie doczekały się otwarcia. Dużym przeżyciem było wejście na dach 16 piętrowca, z którego można zobaczyć całą panoramę miasta, rzekę, zbiornik wodny oraz oraz oddaloną o kilkanaście kilometrów elektrownię i Oko Moskwy. Dopiero widok z góry uświadamia jak było to bardzo nowoczesne i dobrze zorganizowane miasto.

Po zwiedzaniu Prypeci pojechaliśmy na obiad do stołówki pracowniczej, a stamtąd pod tamę ze zbiornikiem wodnym służącym do chłodzenia reaktora.  Tam mogliśmy podziwiać setki sumów w tym jednego giganta. Następnie zatrzymaliśmy się przed samą elektrownią z blokiem numer 4, gdzie założony jest już nowy sarkofag.

Kolejnym przystaniem był Czarnobyl II, wojskowa z radarem pozahoryzontalnym, który nigdy nie osiągnął zdolności bojowej. Tutaj nie ukrywam, że stanąć oko w oko z Okiem Moskwy to był mój najbardziej oczekiwany moment z całej podróży. Na żywo Duga jest o wiele potężniejsza niż na zdjęciach i żałuję, że mogłem wejść tylko na trzecią z dwudziestu jeden kondygnacji. Niestety czas nas gonił, a wspinaczka po drabinkach na sam szczyt trwa bardzo długo.

Po Oku Moskwy zatrzymaliśmy się jeszcze na chwilę w centrum Czarnobyla przy tabliczkach upamiętniających wszystkie wysiedlone miejscowości oraz przy pomniku Anioła symbolizującego apokalipsę. Sam wyjazd ze strefy okazał się bardzo szybki i bezproblemowy. Myślałem, że będziemy sprawdzani, czy przypadkiem ktoś czegoś nie wynosi, ale myliłem się. Po przejściu przez specjalne bramki sprawdzające czy nie zostaliśmy napromieniowaniu od razu stanęliśmy po drugiej stronie zony, gdzie czekał na nas sklepik z czarnobylskimi pamiątkami.

Pomimo spędzenia całego dnia w strefie zobaczyłem zaledwie niewielki procent tego co kryje w sobie miasto widmo. Dopiero otwierając w domu mapę Prypeci, którą można było nabyć o połowę taniej przed odjazdem na Ukrainę, uświadomiłem sobie jakim wielkim miastem jest Prypeć i ile miejsc mam jeszcze do odwiedzenia. Dlatego też pierwszą wizytę traktuję jako wprowadzenie do świata stalkerów.

I na koniec uwaga. Jeżeli ktoś ma skłonność do uzależnień to odradzam wizytę w zonie. Proponuję pozostać przy oglądaniu zdjęć w internecie i filmów na YouTube ponieważ Prypeć wciąga jak bagno. Ja już planuję kolejną wizytę i tym razem na dłużej.

Pablopavo/Praczas – Głodne kawałki

Pół godziny gapię się na okładkę i zastanawiam się o co w niej chodzi? Co mają ze sobą wspólnego dwaj młodzieńcy (studenci/uczniowie, sugerując się teczkami) z czarnymi paskami na oczach jak podejrzani, dwie odchodzące kobiety z parasolem, pustynia i wieża kontroli lotów ? Do tego dochodzi tytuł „Głodnekawałki”. Jakiś sens w tym musi być. Ale jaki? Może dowiem się po przesłuchaniu płyty.

No i zaczęło się. Pierwszy „Dziw” i or razu zdziwienie. W głośnikach słyszę jakieś hard techno,  myślę sobie z uśmiecham „oho” zaczyna się ciekawie. Po chwili pojawia się głos Pawła i wszystko wraca do normy.

Następna wjeżdża „Stówa” z gościnnym udziałem Spiętego, który akcentem trochę przypomina Reggaeneratora. No i w tym właśnie kawałku Pablo po raz kolejny pokazuje, że obok Sokoła jest jednym z najlepszych narratorów w kraju nad Wisłą. Z zaciekawieniem słucham historii wędrującego banknotu i szkoda, że tak szybko się kończy. Po „Stówie” przychodzi pora na sztandarowe „Głodnekawałki”, które z muzyką etniczną w tle powodują wyciszenie i wewnętrzny spokój. Z kolei w „Technicegęby” słyszymy świetną grę Arona Szilagyi na drumli, a pod koniec głos Pawła w pewnym momencie zamienia się w głos szamana odprawiającego jakiś rytuał. „Niemaroboty” zaczyna się pięknym 8 bitowym dźwięków z czasów Atari i przechodzi w dubstep, a kończy czystym dźwiękiem saksofonu oraz trąbki. „Szpilki” to kolejna opowieść z wątkiem miłosnym bez happy endu tak jak „Warszawa Wschodnia” i „Złoto” na poprzednich płytach. Następne numery „Byleby”i „Kupuj” opowiadają jak to wszystko nawzajem się nakręca i namawia do kupowania. Dokładnie w połowie piosenka zamienia się w muzykę bałkańską, a później szybki kawałek drum and bass. Dodatkowo w „Kupuj” mam wrażenie, że słychać sampel z „Poker Face”- hitu Lady Gagi. Prawdopodobnie jest to przypadek, ale kto wie, może Praczas inspirował się twórczością amerykańskiej gwiazdy ? „Magnez i wapń” znów zwalnia tempo, a w „Zadzwonię i powiem” Pablopavo bawi się słowem, twierdząc, że „wszystko się uda i wszystko się piersi”. Z kolei w „Karawanach” dokładnie słychać jego czystą barwę głosu i idealną dykcję oraz wyczucie rytmu, np w wersie ”ciągle lubię Bacha, Casha, Tosha, Clashów i Sokoła”. Zamykającym płytę  utworem jest „Boczna”- warszawska historia , która opisując Grochowską dokładnie odzwierciedla Polskę.

Takim oto sposobem skończyłem 54 minutową podróż po liryczno-muzycznym świecie Pablopavo i Praczasa, a głodne kawałki narobiły mi ochoty na kolejną muzyczną ucztę. Podsumowując płytę jest ona inna niż „Telehon” i „10 piosenek”, ale już przyzwyczaiłem się do tego, że każdy projekt Pawła różni się od poprzedniego i za to właśnie go cenię. Nigdy nie wiadomo czym nas zaskoczy. Tym razem zaskoczył nas elektronicznym połamanym dźwiękiem, za który odpowiedzialny jest Praczas i jemu również należy się ukłon.

Oczywiście żadna recenzja nie odda tego samego co płyta, tak więc najlepiej samemu sięgnąć po nią i przesłuchać.